​Każda podróż rozpoczyna się w naszej głowie

​Każda podróż rozpoczyna się w naszej głowie

Czwartek 3 marca 1977 r.

„W pamięci zachowują się jedynie burze, cisza naszej uwagi nie przyciąga”​ – Voltaire

​Znów poranne wstawanie. Melduję się w pracy o piątej dwadzieścia. Wstawać muszę przynajmniej godzinę wcześniej. Jestem już zmęczony tym codziennym rannym wstawaniem. Jadę autobusem linii 154. Dochodzi godzina piąta, czas rozpoczęcia jazdy linii dziennych, a w autobusie prawie wszystkie siedzące miejsca zajęte. Świadczy to o tym jak dużo ludzi wstaje i rozpoczyna pracę tak rano. Kiedyś w Łodzi widziałem z okna hotelowego jak o godzinie czwartej dwadzieścia młoda kobieta ciągnęła za rękę do przedszkola zaspane i zapłakane małe dziecko.

W porcie krajowym pojawiają się pierwsi pasażerowie. Pierwszy odlot do Rzeszowa, później do Szczecina. Dziś tam właśnie lecę. Przebieram się w szatni, wkładam mundur. Wracam z powrotem do sali załóg. Są już piloci z mojej załogi. Okazuje się, że w Szczecinie jest mgła, zbyt mała widoczność pozioma i pionowa. Trzeba czekać na poprawę warunków pogodowych. Idziemy po godzinie 6 na kawę do kawiarni. Na odlotach następny komunikat meteorologiczny będzie dopiero za pół godziny. Tak co pół godziny będziemy dowiadywać się o pogodę. Po kawie wracamy do sali załóg. Drugi pilot znów dzwoni na meteo. Pogoda jednak zmienia się zbyt wolno, nad morzem wisi front i może to potrwać parę godzin. Chmury, brak wiatru, mgły nic nie rozgoni. Idziemy na śniadanie.

[KARTKI DLA ZAŁÓG]

W naszej sali zebrało się już parę załóg. Zła pogoda we wszystkich portach na północy kraju. Przed dziesiątą odwołują lot do Poznania i Szczecina. Jesteśmy wolni. Jednak nie całkowicie. Musimy czekać na dyspozycję. Okazuje się, że o godzinie jedenastej polecimy do Krakowa. Tam, choć jest nienajlepsza pogoda, można lecieć.

Mając prawie godzinę wolnego czasu, jedziemy we troje autem kolegi do biurowca dla załatwienia spraw w biurowcu. Kolega daje mi swój samochód Polski Fiat 126, bym dowiózł naszą trójkę. Pierwszy raz jadę tym maleństwem i na zakrętach ulicy 17 Stycznia ledwo się wyrabiam, bo chciałem sprawdzić jak się tym jedzie na śliskiej granitowej kostce, z której zrobiono przed wojną tę ulicę.

Rozchodzimy się po różnych pokojach biurowca. Każdy ma inną sprawę do załatwienia. Znów spotykamy się w magazynie mundurowym. Trzeba pobrać brakujące, a należne elementy naszego munduru.

Spotykam tam wiele znajomych osób. W pobliżu są hangary, pracowałem tam przeszło dziesięć lat. Czas szybko ucieka. Wracamy do portu, przygotować się do lotu do Krakowa, gdzie pogoda jak w większości kraju zaczyna się psuć. Zamawiamy więcej paliwa. To jest jedyna nasza gwarancja spokojnego lotu. Trzeba mieć go tyle, by przy niezbyt dobrej pogodzie, dolecieć na pewne lotnisko. Przyjmuję samolot. Jest sprawny. Załadunek frachtu, bagażu. Przyjeżdża autobus z pasażerami. Zapuszczamy, kołujemy na pas.

Dziś lecimy w zwiększonej obsadzie. Mamy praktykanta, któremu do samodzielnego latania zostało jeszcze parę godzin praktyki. Już siada na fotelu drugiego pilota. Natomiast drugi stoi za nim i kontroluje jego czynności. Otrzymujemy zezwolenie na start. Lecimy od dwustu metrów w chmurach, i tak przez cały lot. Za oknem chmury. Samolot ma niewielkie oblodzenie. Poza tym – spokojny lot.

Ziemię znów oglądamy na trzystu metrach przed lotniskiem w Krakowie. Lądujemy przy sypiącym śniegu. Wychodzą pasażerowie. Idziemy do portu. Do startu mamy 40 minut czasu. Można wypić herbatę, odpocząć, porozmawiać. Czas mija szybko. Znów do samolotu i powrót do Warszawy, gdzie jesteśmy przed godziną czternastą. To prawie 9 godzin pracy, z czego w powietrzu niepełne dwie.

Jesteśmy wolni. Planowanie nas zwalnia. Można zjeść obiad w bufecie i wracać do domu. Jadę autobusem. Jestem trochę śpiący po obiedzie. Po drodze kupuje w kiosku prasę i papierosy. W domu posprzątane, łóżka zasłane, a więc żona wstała wcześniej. Przerzucam prasę i robię się coraz bardziej senny.

[foto kartki na cukier]

Znów w Życiu Warszawy artykuł o zdrowej żywności. Mniej zdrowej też w sklepach brak. Cukier od lipca ubiegłego roku mamy na kartki. Wędliny zmieniają nazwy, ceny i smak. Coraz mniej mięsa w mięsie. Cukru w cukrze. Rozpęd pierwszych lat siedemdziesiątych przyhamowuje. Inny artykuł „Ważą się losy „Concorde”. Na tym samolocie nie będę pracował, a nawet na zakup rosyjskiego odpowiednika o nazwie Tu-144 też nie mamy co liczyć. Oglądałem go kilka lat temu gdy z przyjacielską wizytą (czytaj z musu bo przepalił dopalacz i z Berlina do Warszawy spalił tyle paliwa, że nie starczyłoby mu na dolot do najbliższego swojego lotniska czyli białoruskiego Mińska). Nad tym samolotem muszą Rosjanie dużo popracować. Ą żeby to się udało powinni szybko zmienić technologię wytwarzania wielu materiałów.

Wraca Robert ze szkoły. Pytam go: „Jak było w szkole?. „Dobrze”- to jego ciągła odpowiedź. Stopni nie dostał żadnych. Wczoraj otrzymał dwie 4, więc dziś na pewno nic. Na ostatnim zebraniu wychowawczym pochwalono go za postępy – żeby tak dalej. Kładę się spać na godzinę. Śpię jednak dłużej, bo aż do powrotu Agnieszki z Krzysiem. Jest blisko piątej. Za oknem sypie gęsty śnieg. Zima powraca. Nic z naszych planów wyjścia po zakupy. W taką pogodę nie chce się wychodzić z domu. Żeby nie marnować czasu, po obiedzie (dla mnie już drugim tego dnia), idę do fryzjera. Mam już nieco za długie włosy. Zakład fryzjerski jest tuż obok, a więc wkładam jedynie czapkę i kurtkę ortalionową. Mimo sypiącego śniegu jest powyżej zera, na chodnikach śnieg topi się i jest chlapa. W taką pogodę na ulicach jest pusto, fryzjer też ma mało klientów. Szybko ostrzyżony wracam do domu. Kolacja. Dzieci oglądają dobranockę, kąpiel i idą spać.

Dziś przed zaśnięciem, Robert czyta Krzysiowi przez kilkanaście minut bajki. Po tym dość szybko zasypiają. Ja z Agnieszką po dzienniku telewizyjnym, oglądamy teatr sensację. Rzecz dzieje się przed drugą wojną światową w Warszawie. Mam do tego okresu wiele sympatii. Na podstawie przedwojennych pism lotniczych, które kiedyś w bibliotece przeglądałem, było można odczuć nie tylko rozwój lotnictwa, ale całego przemysłu i życia w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Zrobiliśmy my, Polacy wtedy bardzo dużo. Sztuka podoba się nam. Ciekawe jakie będą dwa następne odcinki i czy będę mógł je oglądać. Może będę w tym czasie latał? Oglądam jeszcze parę miniatur filmowych na drugim programie TV.  Agnieszka się już kładzie i czyta w łóżku „Zaklęty dwór” Łozińskiego. Druga z miniatur nie podoba mi się, przerywam oglądanie. Od czasu, gdy w Krzywym Rogu na Ukrainie oglądałem komedie rosyjską w teatrze, nie podobają mi się one, wolę komedie francuskie czy amerykańskie. Jest już po dziesiątej. Czas spać. Zaglądam do pokoju chłopców, są przykryci, śpią spokojnie.

 

Są takie oczy, co nie śpią w nocy.